wtorek, 18 lipca 2017

Co było w Rzymie, zostaje w Rzymie

Samandriel i Balzael czekali z niecierpliwością na powrót wszystkich trzech grup. Jako pierwsi wrócili David i Sebastian, następne były Rosalin i Jennifer, a na końcu Darius i Silvester. Wszystkim udało się zdobyć wymagane składniki.
- Mówiłem, że dadzą radę – powiedział anioł, odbierając jajo feniksa od Dara.
- Miałeś racje, jak zwykle – burknął demon. – Jak tam skrytka? – dodał zwracając się do Furii.
- Całkiem w pałkę, ale można by ją lekko upgradować – rzucił Silver. – Chyba, że chcecie otworzyć tam muzeum.
- A jak z zabezpieczeniami?
- Nie martw się, pająki zmieniają wartę co dwie godziny – zażartował Biały.
- Wszystkie zabezpieczenia działają jak ulał – odparł Darius. – Ale wyślijcie tam kogoś wcześniej niż za kolejne 200 lat.
- Postaramy się – powiedział Sam i pozwolił chłopakom odejść
- O, wróciliście – rzucił David, wpadając na nich na korytarzu.
- Jak widać – odparł Darius. – Jak było w Nowym Jorku?
- Całkiem spoko, właśnie idę spotkać się z resztą ekipy, idziecie?
- Jasne, nigdy nie omijam okazji by się napić – powiedział Silver.
- Uważaj, bo jeszcze wpadniesz w alkoholizm – ostrzegł Daro, ruszając za Davidem.
Cała trójka weszła do jednego z wielu pomieszczeń, w którym Pogromcy mogli spędzać czas wolny. Przy dużym stole siedzieli już Natalie, Rose, Caroline, Jen, Seba i Paul z Annabel, siedzącą mu na kolanach.
- Znalazłeś ich – zauważyła Caro.
- Nie było to zbyt trudne – odparł siadając obok niej. – Silver wyczuje zapach alkoholu z kilometra.
- No to jak było w Londynie? – spytał Paul.
Darius i Silver dokładnie zrelacjonowali przebieg ich misji w stolicy Wielkiej Brytanii.
- Zawsze chciałam pojechać na chwilę do Londyńskiego Instytutu – rzuciła Annabel.
- Jak wygląda ta cała skrytka? – zagadał Sebastian. – Wszystko co o niej mówią to prawda?
- Robi wrażenie – odparł Daro.
- Właśnie, mam do was interes – rzucił Silver, zwracając się do Kłusownika i Caroline. – Umielibyście przenieść z dla mnie coś z Londynu do Bastionu?
- To zależy co byś chciał – odparli jednocześnie.
- Stary, mam nadzieję, że nie chodzi ci o tą armatę? – Daro spojrzał błagalnie na przyjaciela.
- Jaka armata? – zdziwiła się Rose.
Silvester szybko zrelacjonował im swój pomysł związany z wielką armatą. Gdy skończył wszyscy obecni wybuchli śmiechem.
- Silver, a wiesz, że takie armaty są w lochach? – powiedział David.
- Serio?!
- Tak, serio.
- Po co wam armaty? – zainteresowała się Annabel.
- W razie ataku z morza – odparł jej chłopak, jakby to było oczywiste.
- W ogóle mamy najnowszego newsa – zawołał Daro. – Ben zostaje nowym Wielkim Czarodziejem Londynu.
- Żartujesz? – zawołali wszyscy jednocześnie.
Czerwona Furia streścił im rozmowę z czarodziejem.
- Ekstra.
- Ok, Londyn za nami – powiedziała Caroline, patrząc na Davida. – Teraz czas na Nowy Jork.
Czarna Furia szybko opowiedział o tym co ich spotkało.
- Trochę mi ich brakuje – rzuciła Anna z lekka nutą nostalgii w głosie.
- A co się działo w Rzymie? – spytał David, patrząc na Jen.
- Nic ciekawego – odparła popijając drinka. – Przyjechałyśmy, poszłyśmy na aukcje, normalnie kupiłyśmy jad i wróciłyśmy.
- Na pewno nic ciekawego się nie działo? – wynikała Natalie.
- Nuda jakich większych nie było – rzuciła Rose, patrząc na Jennifer.
„No może nie licząc paru rzeczy” – pomyślały jednocześnie.

***
Pogromczynie dotarły do stolicy Włoch dużo później niż przypuszczały. Przedarcie się przez zatłoczone, wąskie uliczki okupowane przez turystów zajęło im dużo czasu, lecz w końcu stanęły przed wielkim hotelem z basenem nie daleko centrum miasta. Rozpakowały się i postanowiły pójść coś zjeść na miasto.
- Może tutaj? – spytał Rose, stając przed dużą pizzerią.
- Nie wiem, czy pizza to dobry pomysł – oparła Jen. – Na bank, pójdzie mi w dupę.
- Daj spokój, być we Włoszech i nie zjeść oryginalnej pizzy to grzech – upierała się Rose. – A poza tym to nie jest z tobą tak źle.
- No dobra, niech ci będzie – poddała się Jen i weszła do restauracji z przyjaciółką.
- To gdzie teraz? – spytała Zabójczyni, gdy jakiś czas później wyszły z pizzerii.
- Pod Fontannę di Trevi – rzuciła Złota i poszła w kierunku słynnego zabytku.
Gdy tam dotarły słońce już zaczęło kryć się za horyzontem, malując niebo w złoto i czerwień.
- Pięknie tu – stwierdziła Jen, podziwiając grę światła na rzeźbach fontanny.
- Wrzuć tam monetę – powiedziała Rose podając koleżance pieniążek.
- Czemu mam to robić? – zdziwiła się Jennifer.
- Żeby tu w przyszłości wrócić – odparła Szept i pokazała jej co ma robić.
- Nie wierzę w zabobony.
- To nie są żadne zabobony – żachnęła się Rosellin. – To naprawdę działa.
- Masz na to jakiś dowód? – spytał Jen, krzyżując ręce na piersi.
- Ja jestem dowodem. Ostatni raz byłam tu z rodzicami, gdy miałam czternaście lat, a potem to nie było zbytnio okazji do podróży. Jednak znowu tu jestem.
- Niech ci będzie – rzuciła Gardner i powtórzyła rytuał, który chwilę temu pokazała jej Rose.
- No widzisz nie było to takie trudne. Co powiesz na lody?
- Najpierw pizza, teraz lody? Jakim cudem jesteś taka chuda jak tyle jesz? – spytał Jennifer.
- To moja słodka tajemnica – rzuciła van Dirk prowadząc przyjaciółkę w miasto.

***
- Wybrałyśmy się na wieczorny spacer – powiedziała Jen, biorąc łyk drinka.
- Ale później wydarzyło się coś ciekawego? - spytała Caroline.
- Sumie to nic się nie działo – odparła Jennefer. – Wróciłyśmy do hotelu o północy, a następnego dnia wykorzystały możliwość odprężenia się w hotelowym SPA.
- Jedyną rzeczą warta opowiedzenia była przygoda z moją sukienką – rzuciła Rose.
- Mówisz o tej fajnej złotej?- dopytywała się Natalie.
- Już nie jest taka fajna – burknęła Złota.

***
- Pośpiesz się trochę! – ponagliła przyjaciółkę Zabójczyni. – Ile można siedzieć w łazience?
- Nie marudź, tylko przydaj się na coś i wyjmij mi sukienkę z szafy – odparła Rose zza drzwi.
Jennifer burknęła coś pod nosem i podeszła do wielkiej drewnianej szafy w, której trzymały ubrania. Z wnętrza wyjęła dwa długie pokrowce na sukienki. Z jednego wyciągnęła długą czarną sukienkę na ramiączkach, z wycięciem, odkrytymi plecami i dekoltem w serek. Druga sukienka była złota…
Gdy Rose wyszła w końcu z łazienki, Jen siedziała już przebrana i ubierała buty na obcasie. Szept szybko przebrała się w swój strój i po pięciu minutach była już gotowa do wyjścia.
- Idziemy? – spytała.
- No to idziemy – odparła Jen, wstając i ruszając do drzwi.
Gdy dziewczyny dotarły do recepcji, Jennifer zatrzymała się na chwilę by zostawić klucz, a Rose wyszła już na zewnątrz. Zabójczyni podawała kartę recepcjoniście, gdy na zewnątrz ktoś potwornie zaczął krzyczeć.
Jen wystrzeliła jak z procy i wypadła na zewnątrz. Tuż na progu zobaczyła Rose, leżącą w wielkiej czerwonej kałuży.
- Rose!!! – krzyknęła i nachyliła się nad przyjaciółką, która już powoli wstawała z ziemi. – Co się stało? Skąd tyle krwi?
- To farba – powiedziała Pogromczyni, opierając się o ramię przyjaciółki. Cała jej sukienka była poplamiona i porwana w wielu miejscach.
- Nic się pani nie stało? – spytał kierownik hotelu, który wypad z budynku. – Najmocniej panią przepraszam.
- Co tu się właściwie wydarzyło? – spytała Jen.
- Mamy mały remont – odparł kierownik. – odmalowujemy dach.
- I komuś wypadła cała puszka farby, która postanowiła spaść sobie i wybuchnąć tuż koło mnie – dodała Rose, oglądając swoje zniszczone ubranie w wielkich szklanych drzwiach. - Gdzie ja teraz znajdę jakąś sukienkę?
- Myślę, że w tej sprawie mogę pani pomóc – rzucił kierownik hotelu. – Właśnie dostaliśmy nową dostawę do hotelowego sklepu. Może pani wybrać sobie co pani zechce, oczywiście na koszt firmy.
- Może najpierw wróć pod prysznic zanim ta farba nie wyschnie, bo wyglądasz jak wampir – powiedziała Jen, wskazując na umorusaną twarz przyjaciółki.
- Jak dobrze, że te istoty to tylko legendy – dodał kierownik, na co Pogromczynie prawie wybuchły śmiechem.
Dziewczyny wróciły do pokoju, a Rose znowu zniknęła w łazience. Wyszła z niej po niespełna kwadransie.
- Szybko ci poszło – powiedziała Jen.
- Na szczęście użyłam makijażu wodoodpornego – odparła. – Co to jest?- spytała, wskazując wielki stos sukienek leżący na łóżku.
- Pracownicy to przynieśli byś mogła wybrać co chcesz założyć.
Van Dirk przez chwilę przeglądała leżące ubrania, aż w końcu wybrała długą do kolan krwiście czerwoną sukienkę na ramiączkach, z dekoltem w klin.

***
- Z całym szacunkiem, ale możecie w końcu skończyć gadać o ciuchach? – powiedział David. – Trochę przynudzacie.
- Nie marudź – odparła Caroline, szturchając go w żebra. – Chciałabym się dowiedzieć więcej o tej sukience.
- Błagam nie – zawołał Silver. – Jeśli jeszcze raz usłyszę dekolt w serek, to chyba przestanę jeść nabiał.
- Przejdźcie do meritum – dodał Daro. – Proszę.
- Niech będzie – odparła Jen. – Tak jak mówiłam na aukcji normalnie kupiłyśmy jad, ale musiałyśmy załatwić jeszcze jedną małą sprawę.

***
- 200 000 po raz pierwszy! – zawołał licytator.
- Już mamy to w kieszeni – szepnęła, uradowana Rose.
- Do raz drugi! Po raz trze…
- 800 000! – zawołał wysoki, umięśniony brunet.
- Co!? – powiedziała Jennifer.
- Musimy to przebić – rzuciła Złota.
- Nie mam, aż tylu pieniędzy.
- To co teraz?
- Nie wiem.
- 800 000 po raz pierwszy! – ryknął licytator. – Po raz drugi, po raz trzeci, sprzedane!
- Cholera – zaklęła Jen, zrywając się z miejsca i podchodząc do mężczyzny, który przed chwilą wygrał licytację.
- Posłuchaj no koleś – powiedziała do niego. – Bardzo nam zależy na tym jadzie.
- Porozmawiamy po aukcji, pod fontanną di Trevi – odparł nieznajomy.
- Ale…
- Po aukcji, pod fontanną – rzucił mężczyzna i wyszedł.
Gdy tylko licytacja została oficjalnie zakończona Pogromczynie pognały we wskazane miejsce by spotkać się z nieznajomym. Gdy tam przybyły on już na nie czekał z koszem owoców i kieliszkami wina.
- Miło was znowu widzieć – rzucił na powitanie.
- Chciałybyśmy móc powiedzieć to samo – odparła Jen.
- Niech pan nas zrozumie nam bardzo zależy na tej rzeczy, odkupimy ją od pana – dodała Rose.
- To się świetnie składa, bo mi w ogóle na tym nie zależy na pieniądzach zresztą też.
- W takim radzie, dlaczego pan to kupił? – spytała Rose.
- Ponieważ chciałbym was prosić o drobną przysługę – odparł mężczyzna, podchodząc do nich z kieliszkami. – Częstujcie się – dodał podając im je. Gdy Jennifer wzięła kieliszek, przez przypadek dotknęła nieznajomego srebrną bransoletką. Ten syknął i cofnął rękę.
- Czyli dobrze mi się wydawało, że jesteś wilkołakiem – zauważyła Rose.
- Tak, jestem – odparł, rozcierając oparzoną dłoń. – Wracając do tematu. Ja i mój znajomy organizujemy małe After Party i bylibyśmy bardzo zadowoleni, gdybyście wpadły.
- Gdzie jest haczyk? – spytała Gardner.
- Nie ma żadnego haczyka. Przyjdziecie, zabawicie paru gości, pobawicie się i każdy z nas dostanie to czego chce. Co wy na to?
- Chyba nie mamy innego wyjścia.
Następnie cała trójka wróciła pod Koloseum i stamtąd ruszyła do wielkiej rezydencji z ogrodem wielkości boiska do piłki nożnej. Gdy weszli przez wielkie dębowe drzwi, na spotkanie wyszedł im szczupły blondyn. Był nieco niższy od swojego przyjaciela.
- Teraz rozumiem czemu, aż tak ci na nich zależało – powiedział, przyglądając się Pogromczyniom. – Witam was, drogie panie, w moich skromnych progach – dodał zwracając się do dziewczyn. – Chodzicie za mną, wyjaśnię wam o co chodzi.
Poprowadził je do dużego gabinetu i usiadł za wielkim mahoniowym biurkiem.
- Mam na imię Pietro, a mojego przyjaciela Pablo już miałyście okazje poznać – zaczął. – Jak się pewnie domyślacie jesteśmy Podziemnymi, dokładnie to…
- Wilkołakami, wiemy – przerwała mu Jennifer.
- Zgadza się. Ale poza tym należymy do jednej z największych włoskich mafii. W jej skład wchodzą tylko i wyłącznie Podziemni, lecz nie tylko Likantropy. Co roku jest organizowane, wielkie spotkanie wszystkich członków naszej rodziny i przedstawicieli innych wpływowych mafii. W tym roku przypada nasza kolej by zorganizować to spotkanie.
- A do czego my wam jesteśmy potrzebne? – spytała Rose.
- Te spotkania to próba sił. Każdy z nas stara się wyciągnąć jak najwięcej pożytecznych informacji. Waszym zadanie będzie zdobywanie ich.
- W jaki sposób mamy to robić?
- Skuteczny – odparł blondyn. – Czasami wystarczy parę drinków i już język im się rozwiązuje, a czasami potrzeba czegoś więcej.
- Co masz na myśli? – powiedziała Jen, gromiąc gospodarza wzrokiem.
- Jesteście pięknymi kobietami, postarajcie się to wykorzystać. Im lepiej się spiszecie tym lepsza nagroda was czeka.
- Czy tylko my dwie mamy się w to bawić?
- Oczywiście, że nie. Poza wami będzie też tu parę innych naszych „agentek”.
- Mam nadzieję, że to nam się opłaci – odparła Jen.
- Nasz zysk to i wasz zysk – odparł Pablo. – Spotkanie zaczyna się za godzinę. Do tego czasu możecie robić co chcecie.
- Gdy spotkanie, się zacznie bądźcie czujne – dodał Pietro. – Nie tylko my działamy w ten sposób.
Po godzinie zaczęli przychodzić pierwsi goście, wszyscy witali się bardzo serdecznie z gospodarzami, całują ich w wielkie sygnety. Po krótkim czasie olbrzymia sala bankietowa zapełniła się ludźmi i wszyscy rozmawiali ze sobą na błahe tematy. Jen i Rose chodziły to tu to tam starając się wyłapać z rozmów jakiekolwiek strzępy przydatnych informacji. Wszystko na nic, w końcu Rose nie wytrzymała i zaczęła grać głupiutką blondynkę. Od razu została zaproszona, do małej grupki by umilić im czas. Zabójczyni też spróbowała tej sztuczki lecz w jej przydatku zadziałała zupełnie odwrotnie.
- Trzeba było pomalować włosy – sarknęła pod nosem.
- Albo ogolić się na łyso – rzucił niedbale młody chłopak, który przyglądał jej się od dłuższego czasu.
Jennifer spiorunowała go wzrokiem i ruszyła dalej przez tłum.
- Przepraszam, jeśli panią uraziłem – powiedział młodzieniec, wyrastając, jakby z podziemi, tuż przed nią.
- Dam ci radę – odparła. – Sarkastyczne uwagi to kiepski pomysł na podryw.
- A komplementy?
- To zależy.
- Twe włosy czarniejsze niżli noc i oczy lśniące niczym gwiazdy.
- Już lepiej, wampirku – rzuciła Pogromczyni, przyglądając się uważnie rozmówcy.
- Ahh, co za inteligencja. Czym może być lepsze połączenie? Taki wygląd i mózg. Bogini, po prostu bogini.
- Wystarczy Jen.
- Cóż za wspaniałe imię. Tak krótkie, a zarazem tak wiele znaczące – zachwycał się dalej.
- Zaczynasz powoli przeginać – zauważyła Jennifer.
- Tak źle i tak nie dobrze – odparł wampir. – Jak mam z wami rozmawiać?
- Może najpierw się przedstaw. To najlepszy początek.
- Wybacz. Jestem Joseph – odpowiedział chłopak, lekko zakłopotany. – Jak pewnie zauważyłaś, mam lekkie problemy z rozmawianiem z dziewczynami.
- Nie jest chyba, aż tak źle. Jakby nie patrzeć, rozmawiasz ze mną już od kilku minut.
- I już dwa razy zdążyłem cię zdenerwować – zauważył Joseph.
- Gdybyś mnie zdenerwował, już dawno leżał byś martwy – oparła Jennifer.
- Może miała byś ochotę towarzyszyć mi przez chwilę? – zaproponował.
- W sumie, nie mam nic innego do roboty.
- Wybornie – ucieszył się wampir. Następnie podał Pogromczyni rękę i ruszył przez salę.
- Bardzo ci dziękuję – powiedział po chwili. – Mój starszy brat uważał, że żadna obecna tu dziewczyna nie zwróci na mnie uwagi.
- Najważniejsze jest pierwsze wrażenie – odparł Jen. – Musisz nad tym trochę popracować.
Wyszli z głównej sali i udali się do mniejszego pomieszczenie, w którym siedziało czterech mężczyzn w garniturach, każdy miał ze sobą osobę towarzysząca.
- W końcu jesteś – powiedział jeden z nich. – No proszę, proszę. Nie doceniłem cię braciszku.
Joseph poprowadził Jennifer do okrągłego stolika, wyjaśniając jej szeptem, że wszyscy tu obecni to przedstawiciele innych mafii rządzących włoskim półświatkiem. Następnie wszyscy usiedli i zaczęli rozmawiać ze sobą na różne tematy. Ulubione sporty, wyższość włoskiej kuchni nad innymi, aż w końcu przeszli do bardziej biznesowej części rozmowy. Jen starała się wyłapać i zapamiętać najistotniejsze fragmenty. Mimo swej dobrej znajomości języka dialekt, którym posługiwali się mafiosi był trudny do zrozumienia. Na szczęście nie wszyscy rozmówcy, byli rodowitymi Włochami, przez co wiele rzeczy były dopowiadane po angielsku.
Po jakiejś godzinie walki z językiem, spotkanie dobiegło końca i mężczyźni zaczęli opuszczać pomieszczenia razem ze swoimi towarzyszkami lub towarzyszami. W pokoju zostali tylko Jen, Joseph i jego brat.
- I co o tym wszystkim myślisz? – spytał brat wampira, nie przejmując się zbytnia obecnością Pogromczyni.
- Ten interes z yin fen śmierdzi na kilometr – odparł Joseph. – Nie wydaje mi się to najlepszym pomysłem.
- Można na tym zarobić krocie – upierał się starszy z braci. – Poza tym Przyziemni prawie tego nie znają.
- Ale Nefilim doskonale wiedzą co to jest i jak to działa – rzucił młodszy. – Już wolę ryzykować z prawem, niż z Prawem.
- Niech ci będzie – poddał się starszy. – Idź i daj Matiasowi naszą odpowiedz.
Gdy Joseph ruszył do drzwi Jennifer podążyła za nim, lecz brat wampira poprosił ją o zostanie.
- Nadal się dziwię jakim cudem taki tchórz jak on, wyrwał taką laskę jak ty – powiedział, kiedy kroki wampira ucichły.
- Rozsądek to nie tchórzostwo – odparła, odsuwając się nieznacznie od zbliżającego się chłopaka.
- Kiedy obaj zostaliśmy Podziemnymi, Joseph chciał zagłodzić się na śmierć, bał się pogodzić z losem i przyjąć ofiarowaną mu potęgę. Ja od razu zaakceptowałem swój wilkołacyzm. Dzięki moim zdolnościom mogliśmy w końcu przejąć władze w mafii i zacząć rządzić.
- Potęga jest pokusą, której łatwo ulec, jeśli to zrobisz to twoja moc zawładnie tobą, a nie ty nią – odparła Jen, patrząc w oczy wilkołaka.
- Co ty możesz o tym wiedzieć? – odparł podchodząc coraz bliżej.
- Dużo więcej niż ci się wyd… - zaczęła, lecz wilkołak doskoczył do niej i zaczął całować ją łapczywie, jedną ręką złapał ją za pośladki, a drugą szukał zamka jej sukni. Pogromczyni próbowała go od siebie odepchnąć, lecz wilkołak był silniejszy. W końcu Zabójczyni nie wytrzymała i przy pomocy mocy Starożytnych odrzuciła natrętnego adoratora na drugi koniec pokoju.
Wilkołak poderwał się na równe nogi i uśmiechnął paskudnie.
- Zaczynasz podniecać mnie coraz bardziej – powiedział i rzucił się na dziewczynę.
Jennifer zwinnym unikiem ominęła wyciągnięte ku niej ręce, następnie silnym kopniakiem w krocze wyeliminowała przeciwnika z gry. Odwróciła się na pięcie i wymaszerowała z pomieszczenia. Za drzwiami wpadła prosto na Josepha.
- Widziałaś gdzieś mojego brata? – spytał.
- Potknął się o za wysokie progi – odparła, wskazując drzwi za sobą. – Przez jakiś czas musi dać sobie spokój z  igraszkami – dodała i ruszyła dalej.
- Co on znowu odwalił? – rzucił wampir i wszedł do środka.
Kiedy Jen wracała na salę, gdzie odbywał się bankiet z jednego pokoju nagle wypadły drzwi, a wraz z drzwiami jakiś mężczyzna, z opuszczonymi spodniami. Tuż za nim na korytarz wyszła Rose.
- Ci mafiosi są niemożliwi, trochę wypiją i już mają lepkie ręce – rzuciła do przyjaciółki.
- Najgorsze jest to nie rozumieją subtelnych sygnałów – odparła Zabójczyni.
- No właśnie – powiedziała Złoty Szept. – Temu musiałam dać kosza śmietnikiem.
Gdy obie weszły na salę, impreza dobiegała powoli końca. Wielu gości było wynoszonych z sali. Na środku stała mała grupka dziewczyn w ich wieku.
- Włoscy gangsterzy mają strasznie słabe głowy – rzuciła Rose.
- I twarze – odparła jedna z dziewczyn.
- Następnym razem chyba zainwestuję w agencję towarzyską – powiedział Pietro, wchodząc do pokoju. – Zapraszam wszystkie do swojego gabinetu.
Gdy wszyscy znaleźli się w wskazanym pokoju, każda z dziewczyn zaczęła mówić co udało jej się ustalić, następnie wychodziła z Pablem. Pietro wysłuchiwał wszystkich z kamienną twarzą.
- Mam nadzieję, że wam udało się podsłuchać coś ciekawszego niż te pierdoły o nielegalnej broni – powiedział gdy w pomieszczeniu zostały tylko Pogromczynie.
- Matias planuje sprowadzić duży zapas yin fen i zasypać nim rynek – zrelacjonowała Jennifer. – Chce w to wciągnąć prawie wszystkie znaczące mafie, ale Joseph nie chce mieć z tym nic wspólnego.
- To bardzo przydatna informacja – powiedział wilkołak. - Joseph nie jest głupcem w przeciwieństwie do jego brata. Może uda nam się zawrzeć jakiś trwalszy sojusz – zamyślił się.
- Alonzo planuje pozbyć się gangu Drwala – rzuciła Rose. – Mówił też coś o sprawie Carlo, ale nie do końca zrozumiałam o co chodzi.
- Ja rozumiem – odparł Włoch. – Hmm, Drwal, faktycznie jest wrzódem na dupie, ale jeśli Alonzo go kropnie to za bardzo urośnie w piórka. Chyba jakiś anonim powinien ostrzec Drwala.
- Zajmę się tym – powiedział drugi z wilkołaków.
- Spisałyście się – rzucił Petro. – Mimo szkód, które żeście wyrządziły.
- Nie nasza wina, że nie rozumiecie słowa „nie” – rzuciła Jennifer.
- Tak, czy owak, zasłużyłyście na to – odparł i wręczył dziewczynom szkatułkę z jadem Mantikory. – Nie rozumiem po jaką cholerę wam to świństwo, ale umowa to umowa.
- Co to jest? – spytała Rose, wyjmując z skrzynki małą karteczkę.
- Rachunek za zniszczenia – rzucił wilkołak. – No co tak na mnie patrzycie i tak jestem stratny jakieś pół bańki.
Dziewczyny wypłaciły wilkołakom żądaną sumę, wsiadły do samochodu i ruszyły w kierunku domu. Gdy stały na światłach w szybę zastukał im Joseph, siedzący na wielkim czarnym motorze.
- Jakbyś się kiedyś stęskniła to zadzwoń – powiedział, podając Jen karteczkę z wypisanym numerem telefonu.

***
- Nudy, miałem nadzieję na jakąś wciągającą historię – powiedział Silver, wstając od stołu i ziewając. – Tak mnie znudziła ta wasza opowieść, że aż zachciało mi się spać. Dobranoc.
- Silver, nie zapomnij wyjąć z mojego samochodu swojej piżamy w samochodziki – rzucił na nim Daro.
- Przynajmniej, nie jest tak obciachowa, jak twoje bokserki w Charmandery – odarł Biała Furia, wychodząc.
Po chwili wszyscy poszli w ślad Silvera i zebrali się do łóżek, swoich lub cudzych.

<<<&>>>
Niestety zdarzyła się lekka obsuwa, ale jeśli mam być szczery, to w ogóle nie miałem weny na tę konkretną notkę.
Następna powinna pojawić się szybciej. Nie powiem kiedy dokładnie, bo znowu szlak wszystko trafi.
Jak podoba się inna koncepcja i sama notka?
Jeśli przypadł wam do gustu taki układ rozdziału, to co jakiś czas mogę tworzyć podobne.
Jakby kogoś to interesowało, to powoli zbliżamy się do fragmentu na który sam czekam z niecierpliwością.
Pozdrawiam,
Zwierzak